Szukasz ochron indywidualnych? Może odpowiednich szkoleń? Zobacz co proponujemy w Katalogu BHP!

Toggle Bar

Wybito zęby inspekcji pracy

Typography

Rozmowa z Bożeną Borys‑Szopą – prawnikiem w NSZZ „Solidarność”, członkiem Rady Ochrony Pracy, radną Sejmiku Województwa Śląskiego

Robert Kozela: Wypisałem sobie niektóre pani zajęcia i stanowiska: behapowiec, związkowiec…

Bożena Borys‑Szopa: W związku byłam i pracownikiem merytorycznym, i pełniłam różne funkcje, np. jako wiceprzewodnicząca Zarządu Regionu, członek Komisji Krajowej. Zawsze na tych stanowiskach zajmowałam się bezpieczeństwem pracy i szeroko pojętym prawem pracy.

Idźmy dalej: przewodnicząca Rady Ochrony Pracy, główna inspektor pracy, doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego m.in. do spraw prawa pracy i bhp, a później podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta. Jeśli chodzi o świat ochrony pracy, to chyba nikt nie zajmował tylu tak zróżnicowanych stanowisk. Chciałbym zapytać, które najbardziej pani lubiła?

Wie pan co, ja najbardziej kocham tę moją pracę w związku. Natomiast najbardziej cenioną przeze mnie pracą ze względu na osobisty rozwój i prestiż była jednak praca u boku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. (Wspomnę tylko, że był to wybitny specjalista z zakresu prawa pracy. Uwielbiałam wielogodzinne dyskusje na temat roli prawa pracy, jego ochronnej funkcji). To był najcenniejszy okres w moim życiu zawodowym. Ludzie, z którymi tam pracowałam, liczyli się z moim zdaniem w sprawach, na których się znałam. Bardzo się cieszyłam z tego, że mieliśmy z prezydentem zbliżone poglądy. Początkowo nie zgadzaliśmy się co do pozycji inspektora pracy jako organu. Tutaj pan prezydent miał inne zdanie, ale po wielogodzinnych rozmowach wyjaśniliśmy sobie, że inspektor pracy to zupełnie inna odpowiedzialność niż na przykład inspektor Najwyższej Izby Kontroli.

I powinien być organem?

Tak, broniłam inspektora pracy jako organu i będę broniła ze względu na odpowiedzialność jaka na nim spoczywa. Nie może być tak, że główny inspektor czy okręgowy inspektor pracy zza biurka będzie podejmował decyzje dotyczące życia i zdrowia pracujących, które trzeba podjąć będąc na miejscu i to natychmiast. Od decyzji inspektora można się odwołać, ale on musi ją podjąć tu i teraz.

Bardzo się cieszę, że kiedy kierowałam inspekcją i pracowaliśmy nad nową ustawą o PIP udało mi się obronić nakaz płacowy. Do tego prezydenta w ogóle nie musiałam przekonywać, ale byli w Sejmie przeciwnicy tego rozwiązania. Przypominam, że w 2006 roku, gdy pracowaliśmy nad ustawą, patologia w zakresie wynagrodzeń była horrendalna. Niektórzy pracodawcy chwalili się nawet, że w ten sposób kredytują swoją działalność gospodarczą, bo opóźnienie wynagrodzeń to był najłatwiejszy i najtańszy kredyt.

A jak pani wspomina kierowanie inspekcją pracy?

Inspekcja to przede wszystkim wspaniałe doświadczenie współpracy z ludźmi, którzy stanowią swego rodzaju rodzinę. Do dzisiaj mam wśród tych ludzi wielu przyjaciół. Bardzo cenię inspekcję pracy w Polsce i życzę jej jak najlepiej, aczkolwiek bardzo ubolewam nad faktem, że wpływy polityczne na działanie PIP są tak znaczne i dotkliwe w skutkach.

Co pani przez to rozumie?

Na przykład polityczną zmianę ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, w której inspekcji pracy „wybito zęby”. Wprowadzony przez tę ustawę zapis dotyczący uprzedzania o kontroli na 7 dni przed jej podjęciem łamie postanowienia konwencji MOP i powoduje, że nawet najlepszy inspektor nie wykona pracy tak jak powinien. W całej Europie inspektor pracy wchodzi do firmy o każdej porze dnia i nocy bez ostrzeżenia, a polski inspektor wchodzi na zakład już „posprzątany” – pracownicy zatrudniani na czarno w tym dniu mają wolne i na nic zdaje się obserwacja zakładu pracy, bo takie działania inspektorzy również podejmowali. Prowadzili dokumentację fotograficzną, rejestrację, kto o której wchodzi i kiedy wychodzi, żeby jakoś udowodnić pracę na czarno. A później pracodawca uprzedzony o kontroli mówi, że to była wycieczka, a nie pracownicy. Myślę, że ta zmiana była błędem politycznym, który doprowadził do załamania się systemu ochrony pracy. Funkcja prewencyjna, o której mówią wszyscy posłowie od lewa do prawa, właściwie przestała istnieć. A uzasadnienie, że największą prewencją jest uprzedzenie o kontroli, bo pracodawca się przygotuje, jest dla mnie absurdalne. To samo można byłoby odnieść do mafii narkotykowej, która uprzedzona na 7 dni o zamiarze kontroli przez odpowiednie organy ścigania schowa wszystkie dowody. I nagle narkotyków w składziku nie ma. Ubolewam, że Rada Ochrony Pracy nie zajęła w tej sprawie jednoznacznego stanowiska.

A ktoś się liczy ze stanowiskami rady?

Cenię sobie fakt, że zagadnienia związane z ochroną pracy znalazły odzwierciedlenie w ustanowieniu takiego organu, jakim jest Rada Ochrony Pracy. Moje wieloletnie doświadczenie wyniesione z pracy w ROP upoważnia mnie do stwierdzenia, że nasze stanowiska w wielu przypadkach były trafione. Wspomnę choćby słynne stanowisko dotyczące podmiotów okołogórniczych, w którym zwróciliśmy uwagę m.in. na to, że ludzie pracujący w spółkach świadczących usługi dla górnictwa są zatrudniani na podstawie umów cywilnoprawnych, że nie mają przygotowania zawodowego i doświadczenia w pracy pod ziemią, co negatywnie wpływa na bezpieczeństwo. Tym stanowiskiem początkowo niewiele instytucji i mediów się zainteresowało. Wyciągnięto je dopiero po katastrofie w kopalni Wujek, gdzie zginęło ponad dwadzieścia osób, w większości młodych, niewykwalifikowanych, którzy pod ziemią nie powinni byli się znaleźć. Okazało się, że my na takie praktyki zwracaliśmy uwagę.

Wracam pamięcią do stanowisk rady sprzed lat, gdy dotyczyły one bieżących spraw, największych nieprawidłowości i zagrożeń, gdy rzeczywiście próbowano coś naprawić, czemuś przeciwdziałać. Dzisiaj straciliśmy chyba poczucie misji. Prawo pracy ze swoją funkcją ochronną dla słabszej strony stosunku pracy nie przestało obowiązywać. I rada powinna o tym pamiętać, a zamiast tego formułuje stanowiska, że konieczność zawiadamiania o kontroli należałoby znieść tylko w przypadku kontroli legalności zatrudnienia. (Od red.: napisaliśmy o tym w ATEŚCIE 8/2014, „Wrócił temat zawiadomień o kontroli”).

A czy inspekcja w ogóle powinna zajmować się legalnością zatrudnienia?

Oczywiście, że tak. Tym bardziej że legalności nie da się oddzielić od bezpieczeństwa pracownika, zarówno bezpieczeństwa socjalnego, jak i bezpieczeństwa pracy. Mówię o tym również ze wzgledu na interes państwa, ponieważ od niezatrudnionego pracownika nie płaci się podatku, a pracodawca bogaci się kosztem pracownika, często oszukując go i nie wypłacając mu nawet najniższego wynagrodzenia. Jeśli pracownik, który całe życie pracuje na czarno, ulegnie wypadkowi i nie będzie mógł pracować, to przejdzie na garnuszek państwa, bo od jego zarobków pracodawca nie odprowadził ani grosza podatku. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy likwidować szarą strefę? Czy tylko udawać, że to robimy. Do tej pory, mimo że ustawa daje inspekcji duże uprawnienia w tym zakresie, udajemy, że to robimy. Bo jeżeli uprzedzamy o zamiarze przeprowadzenia kontroli w zakładzie pracy, to udajemy. Ja bym może i chciała, żeby mnie policja uprzedzała, że na siedemnastym kilometrze będzie kontrola prędkości. Pewnie każdy by tak chciał, tylko że to nie o to chodzi.

Czy to, co nazwała pani wybiciem zębów PIP, nie spowodowało reakcji w postaci pewnej ucieczki w programy prewencyjne, w działania miękkie?

Oczywiście, można powiedzieć, że w porównaniu z innymi inspekcjami nasza ma duże uprawnienia, bo jednak może tworzyć dokumentację, kręcić filmy, robić fotografie, prowadzić postępowania przygotowawcze, wystąpić jako wsparcie dla pracownika w trakcie procesu. Wiele inspekcji tego nie ma. Jednak to, że brytyjska inspekcja jest tylko od bezpieczeństwa technicznego pracy, to wcale nie oznacza, że tam pracodawcy nie płacą wynagrodzeń. W Europie Zachodniej, kiedy pracodawca zalega z wypłatą wynagrodzeń, zaraz przestaje być pracodawcą, a u nas zamknie zakład pracy, w którym nie płaci albo po prostu go porzuci i założy nową firmę, wykorzystując pracowników. Czy mamy takich pracodawców za wszelką cenę chronić czy likwidować? Taki pracodawca, który tworzy firmę na potrzeby jednego kontraktu i nie płaci tym ludziom, do końca życia nie powinien już być pracodawcą. Powinien mieć zakaz dożywotni wykonywania pracy związanej z kierowaniem ludźmi. Jeżeli potrafimy ograniczać prawo do wykonywania zawodu w różnych innych dziedzinach, to dlaczego nie możemy wprowadzić czegoś takiego?

A PIP traci energię na programy prewencyjne…

Proszę pamiętać, że inspekcja nie do końca sama planuje swoje działania. Wpływ na plan działania mają też Rada Ochrony Pracy i Komisja Kontroli Państwowej. Ostatnia nowelizacja ustawy o PIP usankcjonowała prewencję jako ważny obowiązek inspekcji. Nacisk parlamentarzystów jest taki, żeby coraz częściej korzystać z tzw. miękkich środków oddziaływania na pracodawców, ponieważ sytuacja jest trudna, jest kryzys, trzeba chronić miejsca pracy. Zgadzam się, że każde miejsce pracy, mówię tu o prawdziwym stosunku pracy, jest bardzo cenne. Szczególnie w sytuacji, kiedy bezrobocie jest dosyć wysokie, kiedy ludzie wyjeżdżają do pracy za granicę, bo tu jej nie mogą dostać. Pracodawcy w tarapatach należy pomagać innymi środkami, a nie brakiem represji np. za to, że nie wypłaca wynagrodzeń. Czy w takiej sytuacji nie należałoby sięgnąć do zupełnie innej pomocy państwa? Maksymalnie obniżyć obciążenia na rzecz budżetu państwa, pod warunkiem oczywiście, że pracodawca utrzymuje miejsca pracy. U nas najczęściej sięga się do kieszeni pracowników, a wtedy traci sens ochrona pracy.

W tym kontekście może trochę dziwić pani stanowisko w sprawie umów cywilnoprawnych. Przypomnę, że na jednym z posiedzeń ROP powiedziała pani, że nie jest ich przeciwniczką.

Nie jestem przeciwnikiem zleceń ani umów o dzieło. Wielu ludzi ma już podpisaną umowę o pracę i wykonuje dodatkowe zlecenia lub jakieś dzieła. I to jest moim zdaniem normalna rzecz i to zajęcie nie powinno być obciążone składkami na ZUS, bo jest wykonywane poza pracą. Co innego, jeżeli ktoś nie ma żadnej pracy i bierze zlecenia; ale i to nie zawsze jest niekorzystne (na przykład świetny fotograf woli tak pracować, bo jest niezależny i zarabia różne kwoty za różne zdjęcia). Nie da się wrzucić do jednego worka wszystkich umów cywilnoprawnych. Natomiast niedopuszczalne dla mnie jest i tego nigdy nie zrozumiem, że mówiąc o umowach cywilnoprawnych w zasadzie mówi się o zatrudnieniu. Z polskiego rynku pracy zaczyna znikać zatrudnienie, czyli praca w rozumieniu kodeksu pracy. Powinno być rzeczą oczywistą, że kiedy mówimy o świadczeniu pracy, to myślimy o umowie o pracę. Czytam w sprawozdaniu PIP, że w 2013 roku inspekcja tylko w wyniku skarg dotyczących umów cywilnoprawnych skontrolowała 501 podmiotów, które na podstawie umowy o pracę zatrudniały 69,5 tysiąca osób, ale aż 149 tysięcy osób wykonywało dla nich zlecenia lub dzieła. To daje katastroficzny obraz sytuacji na polskim rynku pracy. Szkoda, że wielka polityka się tym nie interesuje, a należałoby to zjawisko łączyć z faktem, że tak wielu młodych ludzi wyjechało z Polski za pracą. Przecież mając umowę‑zlecenie czy o dzieło nie ma się szans nie tylko na kredyt na mieszkanie, ale nawet na umowę z dostawcą internetu. Wyjeżdżają nie tylko młodzi, ale też ludzie po pięćdziesiątce. Wyjeżdżają całe rodziny z dziećmi, które przecież w przyszłości miały na nas pracować. Nie wierzę, że oni wrócą. I to jest smutny wniosek dla Rady Ochrony Pracy, dla całego naszego systemu ochrony pracy.

 

okladka

Artykuł został opublikowany w miesięczniku Atest 09/2014

W tym wydaniu m.in.:

- Zastygliśmy w formalinie i udajemy, że pachnie nowością
- Wirówka wielotarczowa
- Nowe wymagania bezpieczeństwa dla maszyn do drążenia tuneli
- Pieniądze na poprawę warunków pracy
- Na co poszło 93 235 606 zł 98 gr?

Zobacz pełny spis treści